czwartek, 6 sierpnia 2015

Polityka publiczna po skandynawsku

Stacja kolejki miejskiej w Vantaa
Od wczoraj jestem w Vantaa w Finlandii na spotkaniu miast partnerskich. Tak się niestety złożyło, że jestem tu jedyną reprezentantką Słupska - co jest wyjątkiem, bo wszystkie pozostałe delegacje przybyły w kilkuosobowych grupach. W sumie pozycja świetna - wielu uczestników jakoś ma poczucie, że trzeba się mną przecież zaopiekować.  W związku z powyższym już pierwszy wieczór obfitował w wiele znakomitych rozmów. A potem już było coraz bardziej interesująco..

Głównym tematem spotkania są Housing Fair, które się odbywają w Finlandii co roku, za każdym razem w innym mieście od początku lat 70-tych. Polega to na tym, że buduje się nowe osiedle - od zera. W budowanie tegoż osiedla są zaangażowani bardzo różni ludzie - przedstawiciele firm budowlanych, planiści, ekolodzy, artyści, fundusze prywatne, sponsorzy, banki itd. Jakby ktoś się chciał dowiedzieć więcej, to zapraszam tutaj. Przez miesiąc funkcjonuje to jako targi, a potem wprowadzają się tam ludzie. Wygląda to nieziemsko.

Ale nie w tym rzecz.. Moje pierwsze zaskoczenie - na spotkaniu miast partnerskich większość uczestników, albo przynajmniej znaczna część to członkowie rad miast - politycy zaangażowani realnie i aktywnie w życie swojej społeczności, a nie tylko rozliczający z działań prezydentów i dyrektorów.

Zaskoczenie drugie - obszar decyzji, jakie się podejmuje na poziomie samorządów jest po prostu ogromny. Realnie, a nie fikcyjnie (jak to się odbywa u nas), osoby rządzące miastami mają narzędzia do kształtowania wszelkich polityk i dysponowania budżetem. U nas - o czym się dowiedziałam ostatnio - dochody miast w całości są transferowane do budżetu centralnego i tylko niewielka część wraca z powrotem - reszta zostaje w kasie centralnej. Wczoraj na przykład prezydent jednego z miast norweskich opowiadał mi o negocjacjach jakie prowadził z pracującymi seniorami w sprawie przysługujących im dodatkowych urlopowych dni wolnych - u nas wszystko jest w USTAWIE.

Albo na przykład w Szwecji dziennikarz, albo ktokolwiek ma prawo w każdym momencie mieć wgląd do korespondencji mailowej prowadzonej przez urzędnika, czy też członka rady miasta. I nie ma wtedy usprawiedliwień, że ktoś czegoś nie wiedział, albo nie powiedział.. W głowie miałam myśl, że pewnie u nas bardzo szybko by się znalazło 1000000 metod żeby to obejść. Ale czy naprawdę o to chodzi? Czy to rzeczywiście nie byłoby prościej dla wszystkich - taka totalnie jawna informacja publiczna?

Takich spraw było jeszcze wiele, ale dziś się spotkałam z moją odpowiedniczką w Vantaa - absolutnie fantastyczną osobą! Przegadałyśmy pół dnia o tym, jak ona organizuje pracę sektora kultury. No i szczerze mówiąc taki punkt wyjścia rozwiązałby całą masę moich obecnych problemów.

Od początku mojego urzędowania miałam główny cel - kształtowania polityki kulturalnej nie odgórnie, nakazując, narzucając itd., ale w ścisłej współpracy z lokalną społecznością. Po części mi się udaje, po pewnej części bardzo mi się nie udaje. W części partycypacja i współodpowiedzialność jest, ale niestety w dużej części jest to fikcja.

Tu rozwiązane jest to tak, że dyrektor wydziału kultury i dyrektorzy podległych mu instytucji tworzą Zarząd, który wyznacza cele, planuje działania, konsultuje je ze strategią rady miasta, decyduje o budżecie. Tym samym niepowielane są zadania, wiele rzeczy robi się wspólnie, nikt nie ma ciśnienia przysłowiowego, żeby się wykazywać działaniami, które są bez sensu, jest wymiana wiedzy, środków i realna współpraca. Jeśli są ustalone wspólne cele, to łatwiej też zrezygnować z osobistych ambicji, a podejmowanie decyzji jako zarząd pozwala ukrócić też ewentualną samowolę.

Pomyślałam, że może zróbmy tak.. utwórzmy zarząd d/s kultury - jako formalne, decyzyjne i odpowiedzialne ciało. Zaprośmy tam dyrektorów instytucji, przedstawicieli ngo'sów i ścisłego kierownictwa z Urzędu. Na niektóre ze spotkań - te, które będą dotyczyły strategicznych zadań i celów zaprośmy przedstawicieli Rady Miasta. I podejmujmy decyzje i działania wspólne, spójne, klarowne, celowe i skuteczne - a nie jakieś takie nieskoordynowane ruchy, wywoływane często z nie wiadomo, albo i wiadomo z jakich powodów.. Wierzę, że w kupie siła - mówiąc kolokwialnie. I co Ty na to, mój Słupsku kochany?


3 komentarze:

  1. Szanowna Pani Dyrektor,

    Brzmi naprawdę ciekawo i obiecująco. Ale ...

    "(...) utwórzmy zarząd d/s kultury - jako formalne, decyzyjne i odpowiedzialne ciało. Zaprośmy tam dyrektorów instytucji, przedstawicieli ngo'sów i ścisłego kierownictwa z Urzędu. Na niektóre ze spotkań - te, które będą dotyczyły strategicznych zadań i celów zaprośmy przedstawicieli Rady Miasta. I podejmujmy decyzje i działania wspólne, spójne, klarowne, celowe i skuteczne (...)"

    ... co ze słupskimi artystami / twórcami / innymi "ludźmi kultury" działającymi na scenie "Kulturalny Słupsk" niezależnie od instytucji i ngo'sów, aczkolwiek czasami współpracującymi z nimi? I często pokazującymi 'owoce' swoich prac na scenie kulturalnej Polski, Europy i świata pod "szyldem" naszego miasta? Czy nie znalazłoby się dla nich (nas) też miejsca przy tym wspólnym stołu?

    Serdecznie pozdrawiam!
    Caryl

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowna Pani Dyrektor,
    ciekawy jest przykład z Finlandii.
    Natomiast pomysł z zarządem jest, hmm, nienowy.
    Ostatnio siedzę dużo w materiałach dotyczących polityki kulturalnej w PRL i Pani wpis odpowiada na pytanie, które sobie postawiłem w trakcie tych lektur: czy teraz mamy lepszą koordynację...
    Przez kolejne dekady w PRL wciąż rozwiązywano ten sam problem - koordynacja działań, wspólne cele itd. Próbowano różnych sposobów, a to organizacja regionalnych towarzystw kulturalnych, okrągłe stoły, wreszcie powiatowe rady kultury i sztuki (w miejsce wydziałów...). I za każdym razem okazywało się, że nadal jest tak jak było. I z Pani tekstu wnioskuję, że nadal to palący problem.
    Natomiast czy myśli Pani, że przydatne byłyby doświadczenia Bydgoszczy z ostatnich lat i ich Obywatelska Rada Kultury?
    pozdrawiam
    Paweł Płoski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wydaje mi się, że takie organa dopóki nie mają zdolności decyzyjnej pozostają fasadowe. Poza tym zarządzanie kulturą powinno mieć w dużej mierze charakter obywatelski, ale też ekspercki. Taki system - jak ten fiński przede wszystkim spłaszcza strukturę i przez to jest efektywniejszy. W tej chwili hierarchiczność w urzędzie jest ogromna - a to spowalnia zarówno komunikację, jak i proces decyzyjny. Tak jak jest - nie jest dobrze. Czy będzie lepiej? Nie wiem, będziemy próbować..

      Usuń

Mój blog - zapraszam! Anna Swietochowska