czwartek, 5 listopada 2015

Po długiej nieobecności - o sztuce i artystach.

W dyskusjach dotyczących polityki kulturalnej toczy się wielka krucjata - której zresztą sama jestem gorącym orędownikiem - "uspołecznienia", "odelitaryzowania" kultury, znajdowania wspólnej płaszczyzny zrozumienia twórców, mieszkańców, polityków. Można wręcz mówić o dążeniu do demokratyzacji działań kulturalnych, albo przynajmniej apelowaniu o to.


I dobrze. Bo ta sztuczna "elitarność" - często niemająca nic wspólnego z wyjątkowością wielu publicznych instytucji kultury doprowadziła do ich zupełnie nieuprawnionego uprzywilejowania. Powszechnie o tym wiadomo i wiadomo również, że generalnie władze na każdym poziomie administrowania publicznego nie bardzo mają ochotę to zmieniać, dostrzegając w kulturze duży potencjał polityczny i propagandowy.

W związku z tymże "uspołecznieniem" można dostrzec pewną tendencję wśród bardziej progresywnych i postępowych instytucji kultury (skądinąd naprawdę słuszną) - otwierania się do publiczności, zapraszania do współdziałania, do aktywnego uczestnictwa w kulturze. Za tym wszystkim idzie myślenie, że artystą i twórcą może być każdy - bo tak w istocie jest. Jest to zdecydowanie słuszna droga - ale jeśli pozostanie jedyną - to jest również bardzo niebezpieczna. Prowadzi wprost do egalitaryzmu, co zwłaszcza w sztuce nie jest dobrym rozwiązaniem.

Sztuka od zarania dziejów była niemal tożsama z rzetelnym rzemiosłem. Prawdziwa kreatywność nie jest dziełem przypadku - jest nieodłącznie związana z talentem, wiedzą, umiejętnością łączenia abstrakcyjnych informacji i przede wszystkim ciężką pracą nad dziełem i nad sobą. Żeby stworzyć coś wyjątkowego, to trzeba wiedzieć co się podważa i do czego się odnosi (polecam odwiedzenie Muzeum Pablo Picasso w Barcelonie - zdecydowanie wyostrza punkt widzenia na temat pojęcia genialności artysty).

Nasze narodowe wszechobecne przywiązanie do papierków, pieczątek i procedur powoduje,  że miano artysty przypisuje się wyłącznie wyedukowanym (bądź nie) pracownikom instytucji kultury. I jest to zła tendencja, bo bardzo często właśnie tak nie jest. Bezpieczne schronienie w postaci etatu, ograniczona odpowiedzialność za efekt swoich działań powoduje swoiste rozleniwienie - i w sumie nie ma się czemu dziwić.

Dźwięczą mi w uszach słowa mojego przyjaciela artysty i wykładowcy: "wymagam od nich (studentów) prawdy, pracy, ciągłego rozwijania się, poświęcenia, kreatywności - a pracę dostaną najsłabsi, ale najbardziej chamscy i obrotni, z największą zdolnością do naginania własnych wartości". Niestety ci, którzy nie dopasują się do rynku mają nikłe szanse na godziwe życie z własnej twórczości.

Status artysty w Polsce jest po prostu tragiczny. Rozwiązania instytucjonalno - prawne i poziom finansowania kultury właściwie wykluczają, a na pewno bardzo silnie ograniczają możliwość działania niezależnego. W każdym razie jest to bardzo trudne. Powszechnie wiadomo, że większość znakomitych polskich artystów zwyczajnie robi kariery za granicą. Korzysta też z przywilejów (związki branżowe, systemy ubezpieczeń), które pozwalają im działać w sposób niezależny - wolny, ale też w pełni odpowiedzialny za własną twórczość.

Bezsprzecznie dobrą tendencją jest otwieranie się instytucji kultury, zapraszanie do dialogu i współpracy. Nie zapominajmy jednak, że rolą instytucji kultury jest też edukowanie, i to bynajmniej nie w kuriozalnej postaci zwożenia "dzieci z autobusu". Właściwa edukacja artystyczna powinna zmuszać do myślenia, do odbioru sztuki wymagającej, trudnej, do szukania odwołań, do zadawania pytań - to jest dopiero przyczynek do rozwoju kreatywności, jakże istotnej dla rozwoju społeczeństw i gospodarek w ogóle. Tego już znacznie trudnej nauczyć, a nawet szkoły artystyczne w dużej mierze nie mają takich ambicji. Być może zbyt generalizuję - niemniej w moim odczuciu instytucje kultury też ponoszą na tym polu całkowitą porażkę.

Jest to wina nie tyle samych instytucji kultury, ile polityki kulturalnej ostatniego 25-lecia - komercjalizacji, upolitycznienia, braku właściwego zdefiniowania celów i ich egzekwowania, rzetelnej oceny i autorefleksji. Jest to też wina niewydolnego systemu edukacji, a także ciągłego marginalizowania i deprecjonowania artystów i ich twórczości. I to zarówno w polityce kulturalnej, jak i w samych instytucjach.

Uspołeczniajmy, demokratyzujmy, otwierajmy się - ale nie zapominajmy, że jeśli zepchniemy na margines sztukę, to i tak nic dobrego z tego nie będzie, a wszelkie pomysły na temat wykorzystania kultury w rozwoju możemy sobie wybić z głowy.


2 komentarze:

  1. Absolutnie się zgadzam. A tam, gdzie panuje komercjalizacja i upolitycznienie, wkracza często - "eklezjacja", bardzo niejednoznaczne zjawisko pomieszania boskiego z cesarskim. Napisałem - niejednoznaczne, bo gdyby się jemu przyjrzeć, można znaleźć budujące przykłady, związane np. z upowszechnianiem kultury muzycznej, jak też deformację tego, co jest wartościowe. To jak gdyby jest odrębny temat, ale coś mi się wydaje, że w nowym układzie politycznym bardzo się wyostrzy. Zobaczymy. Jeżeli zakładamy, że pluralizm w demokratycznej kulturze jest wartością, to wymaga to od zarządzających kulturą, przede wszystkim ogromnej otwartości i "mozaikowego" myślenia, nie spętanego żadnymi dogmatami. Pytanie, czy tacy ludzie maja wpływ na rzeczywistość?Nasze społeczeństwo - to niezaorany ugór, na którym kwitną chwasty wszystkiego, co podsuwa telewizor.On nie ogłupia, on sam jest głupi))) Teraz tak. Kultura - horyzontalna sieć powiązań, czy kultura hierarchiczna, instytucjonalna. Jasne, i to i to. Ale fakt. Niewiele się zmieni, jeżeli nadal będzie obowiązywać dziwne kryterium definiowania wartości przez własne upodobanie...Prowadzi to do paradoksu. Na ekonomii trzeba się znać. To samo, jeżeli chodzi o systemy informatyczne, medycynę, prawo a w sztuce ma decydować kryterium podobania się. Owszem, emocjonalny stosunek jest ważny, ale emocje bez argumentacji nie mogą rozstrzygać o preferencjach w zarządzaniu kulturą, bo tak może się (i tak się często niestety dzieje) okazać, że kultura i sztuką nie są do niczego potrzebne...Co do edukacji...Jestem tu pesymistą, mimo, że całe życie zjadłem na edukacji. To znaczy, poza szkołą - tak. Kultura musi być obecna wszędzie. To jest najlepsza edukacja. "Wciskanie" w sensie pozytywnym...To się czasem zdarza...

    OdpowiedzUsuń
  2. "ugór, na którym kwitną chwasty wszystkiego, co podsuwa telewizor" - genialne!

    OdpowiedzUsuń

Mój blog - zapraszam! Anna Swietochowska