Przeczytałam chwilę temu, że w konkursie na dyrektora ZUS pozostał jeden kandydat.. a w zasadzie kandydatka. Włos mi się na głowie zjeżył, bo zazwyczaj, jak pozostaje jeden kandydat - to jest ten "jedyny słuszny". Znamy dokładnie takie sytuacje z konkursów na dyrektorów instytucji kultury.
Poczytałam jednak i stwierdziłam, że tym razem się to chyba po prostu wymknęło spod kontroli i pani dr Katarzyna Kalata - właśnie ta jedyna ocalała kandydatka, znalazła się tam wbrew wszystkim. Ma 31 lat, jest doktorem nauk prawnych, ekspertem z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, o ZUSie, a głównie o jego nieprawidłowościach pisała pracę doktorską. Prowadzi firmę, która reprezentuje przedsiębiorców w bataliach z tym gigantem. Ewidentnie zna tę instytucję na wylot i jako jedyna, w konkursie na dyrektora, zdała test kompetencji - uzyskała 70% wymaganych odpowiedzi (warunkiem dopuszczenia do kolejnego etapu było 65%).
Jest młoda, niemedialna, nieuwiązana politycznie, na pewno się dużo będzie musiała nauczyć, ale z pewnością ma wielokrotnie większy potencjał, niż wszyscy smętni panowie i panie w garniturach z zapleczem politycznym razem wzięci. Trzymam za nią kciuki.
Fakt, że tylko jedna osoba zdała ten test kompetencji świadczy o tym, że cała reszta nie była wystarczająco przygotowana, albo - co przytomnie i słusznie zauważył mój osobisty przyjaciel - test był tak trudny, żeby nikt go nie był w stanie rozwiązać. Wtedy można konkurs unieważnić i wsadzić tam kogoś - jako pełniącego obowiązki, a potem się zasiedzi i jakoś to będzie. Bardzo krótki czas na składanie aplikacji świadczy raczej na korzyść tej drugiej tezy.
I to jest drodzy Państwo MASAKRA, że tak powiem kolokwialnie. Tutaj nie chcę robić żadnych wycieczek politycznych i nie obwiniam jakoś szczególnie obecnie rządzącej koalicji, bo to jest absolutnie wszystko jedno, kto rządzi - w przeważającej mierze wszyscy robią dokładnie tak samo.
W konkursach na dyrektorów instytucji kultury jest identycznie. Dwa razy wzięłam udział w takiej procedurze konkursowej - za pierwszym razem był jeden słuszny kandydat i cała reszta nie spełniała wymogów formalnych, chociaż je spełniała, a za drugim razem nikt, z kilkanaściorga kandydatów nie był wystarczająco dobry, wszyscy mieli zbyt małe kompetencje, choć to również kwestia dyskusyjna, czy powołany poza konkursem w końcu dyrektor wybitne kompetencje posiada. Pierwsze wydarzenie spowodowało moją nieodwracalną decyzję o wyprowadzce z rodzinnego miasta, drugie zaś o porzuceniu takich praktyk i nie robieniu z siebie idioty, poprzez start w tego typu zawodach. Jak śledzę czasem (pobieżnie dość) przebieg konkursów na dyrektorów instytucji kultury, to widzę, że do podobnego zdania dochodzi wiele osób i powoli już zaczynamy dążyć do stanu, że nie ma z kogo wybierać.
Mam też taką refleksję, że "zarządzanie kulturą" - jako kierunek studiów, to też jakoś nie za bardzo się w Polsce rozwija. Zarządzanie oświatą, zarządzanie służbą zdrowia itd. ma się zdecydowanie lepiej. No bo po co się dokształcać - znacznie prościej wyrobić sobie zaplecze polityczne, więc i chętnych na takie studia widać niewielu. A szkoda.
Uwiązanie polityczne dyrektorów instytucji kultury było wskazywane w moich badaniach - przez wszystkich respondentów, jako czynnik najbardziej negatywnie wpływający na rozwój sektora kultury. Sytuację tę miała zmienić ostatnia nowelizacja ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej. I zmieniła - na gorsze. Przede wszystkim w takim wymiarze, że nakłada zobowiązania wyłącznie na dyrektorów instytucji, co jest w ogóle sprzeczne z formą kontraktu, która co do zasady przewiduje zobowiązania obu stron.
I powiedzmy, że dyrektor instytucji zobowiązany jest do organizowania wydarzeń z okazji Dni Miasta, o jakimś określonym charakterze - na przykład, że ma to być co roku koncert światowej gwiazdy, najlepiej amerykańskiej i z telewizora. Wystarczy, że samorząd obetnie mu środki i z tego zobowiązania nie będzie się w stanie wywiązać, a to już będzie podstawa, żeby dyrektora zwolnić. Jeśli chce więc pozostać na stanowisku i mieć zapewnione środki, to musi być przynajmniej poprawny politycznie.
Najgorsze jest jednak chyba w tym wszystkim to, że w głowach wielu jest jakieś takie milczące przyzwolenie, że tak musi być, że tak właśnie ten świat jest urządzony. Wielokrotnie słyszałam takie wypowiedzi, że na przykład: po wyborach się dyrektor zmieni, albo: co się dziwisz, wygrali tam, to normalne, że chcą mieć na stanowisku kogoś swojego, albo jeszcze takie, że: to jest zbyt intratna fucha, żeby tak kogoś z ulicy, na podstawie kompetencji tylko wzięli, albo jeszcze takie: no wiesz, jakaś jesteś naiwna, bo to przecież wiadomo, że tak jest.
Otóż nie, proszę Państwa, nie.. wcale nie musi tak być - przynajmniej ja się na to zdecydowanie nie zgadzam. Komunizm się w Polsce już skończył, system feudalny zresztą też - choć w głowach zdaje się i jeden i drugi pozostał. W końcu ci ludzie, co załatwiają sobie w taki sposób posady i ci, którzy komuś takie posady załatwiają, to nie są jacyś kosmici, tylko są jednymi z nas. Ja jestem w stanie wskazać wśród moich - w jakiś tam sposób znajomych - kilka, czy może nawet kilkanaście takich osób.
Chciałabym w zasadzie tylko powiedzieć, że nie ma we mnie na to przyzwolenia - i będę mówić o tym zawsze, i głośno, i wyraźnie. I chciałabym tylko, żeby w żadnym z nas, na to przyzwolenia nie było, żeby było to traktowane jako nikczemne, obrzydliwe, żenujące, haniebne i zasługujące na takie samo napiętnowanie, jak okradanie staruszek na ulicy. O szkodliwości społecznej obu tych czynów chyba nie ma co dyskutować.
Zgadzam się w pełni. Ale problem jest nie tylko w politycznym uwarunkowaniu. To nawet było by do zniesienia, gdyby wolny rynek nie zabrał się za redefinicję (rangi) kultury. Kultura po prostu przestała istnieć a zastapiła ją religia wnosząc pojęcie "formacji" z jednej strony a z drugiej, nie tyle formacja, co formatowanie rozrywką konsumenta. Warto zwrócić uwagę, że w mediach coraz częściej w ogóle nie ma działu "kultura". Zastępuje się to określeniami "społeczeństwo", "styl życia" tak, jak gdyby było to równoznaczne z "kulturą". Trudno nawet się dziwić, że nie ma menedżerów czegoś, co nie istnieje. Problem więc jest szerszy.
OdpowiedzUsuńNic dodać, nic ująć.
OdpowiedzUsuńno i oczywiście wyszło tak, jak zwykle: http://polska.newsweek.pl/katarzyna-kalata-opowiada-o-kulisach-egzamin-na-prezesa-zus-newsweek-pl,artykuly,361034,1.html
OdpowiedzUsuń