Związek kultury z rozwojem jest systematycznie udowadniany na różnych płaszczyznach od przynajmniej dwudziestu lat i co do tego nie ma już na świecie wątpliwości - pomimo dyskusyjnych metod mierzenia tego wpływu (o czym pisałam ostatnio). Z drugiej strony nie trzeba być specjalnie ekspertem, żeby zauważyć, że ogromne środki przeznaczone na infrastrukturę, albo organizację niektórych wydarzeń - poza problemami i dziurą w budżecie - nie powodują nic.
Więc o co w tym chodzi i od czego to zależy?
Kultura wykorzystywana była instrumentalnie od zarania dziejów, z różnymi intencjami i z różnym skutkiem. Teraz celem jest przede wszystkim szeroko rozumiany rozwój społeczno - gospodarczy (mała dygresja - zgadzam się całkowicie z prof. Jerzym Hausnerem, że rozwój to rozwój i nie można oddzielić sfery gospodarczej od społecznej). W związku z powyższym dostrzega się potencjał kultury w takich obszarach jak m.in.: współpraca kulturalna i intelektualna, ochrona dziedzictwa materialnego i niematerialnego, rozwój kapitału ludzkiego, przeciwdziałanie negatywnym zjawiskom społecznym, innowacyjność gospodarki, stymulowanie rozwoju kreatywności, kreowanie wizerunku miast i regionów, a także podniesienie jakości życia mieszkańców.
Instrumentalny aspekt wartości kultury był jednym z kluczowych elementów moich badań. Mówiąc w największym skrócie, zapytałam decydentów (przedstawicieli administracji publicznej i dyrektorów instytucji kultury), artystów oraz mieszkańców, czy kultura wpływa na rozwój ich miasta, czy stwarza możliwości rozwoju osobom kreatywnym, czy podnosi jakość ich życia. Zapytałam też, od czego ich zdaniem to zależy.
W opinii wszystkich moich rozmówców kultura ma bezsprzeczny wpływ na rozwój. W wielu wypowiedziach pojawiało się jednak stwierdzenie, że odpowiedni poziom rozwoju gospodarczego jest podstawą rozwoju sektora kultury, a nie na odwrót. W konsekwencji relacja ta zazębia się i spiralnie przynosi wzajemne korzyści. O tym, czy kultura może wpłynąć na rozwój decydują przede wszystkim zasoby materialne i niematerialne oraz aktywność osób kreatywnych (tzw. kapitał kreatywny).
Dość zaskakujące było dla mnie spostrzeżenie, że w porównaniu do pozostałych respondentów, dyrektorzy instytucji kultury i przedstawiciele administracji publicznej mają dość sceptyczny stosunek do instrumentalnego wykorzystania kultury (pomimo wygłaszanych szumnie haseł, jak przytoczony powyżej przykład Ustki). Są wewnętrznie przekonani o ogromnym jej znaczeniu, ale bardzo potrzebują, żeby ktoś im to namacalnie i w cyferkach udowodnił.
Zgoła odmienne zdanie mieli odbiorcy i artyści. Przedstawiciele obu tych grup zgodnie twierdzili (podając bardzo konkretne przykłady), że kultura ma ogromny potencjał dla rozwoju, tylko nie jest on kompletnie wykorzystywany - przede wszystkim z powodu nieudolnego zarządzania instytucjami kultury, ich uwiązania politycznego i odgórnego, autorytarnego sprawowania polityki kulturalnej.
W opinii respondentów zasobami materialnymi (tj. środki, infrastruktura) dysponują wyłącznie publiczne instytucje kultury. Przewaga ich polega również na tym, że mają zapewnioną ciągłość funkcjonowania i możliwość zaoferowania stałego zatrudnienia. Niemniej te zasoby zdecydowanie nie są wystarczające. Mówiąc wprost - nie wystarczy postawić największy na świecie obiekt kultury i zapewnić mu stabilność funkcjonowania na lata, żeby mógł mieć choćby marginalny wpływ na rozwój otoczenia w którym funkcjonuje. Podstawowe atuty, jakie powinny wyróżniać podmioty sektora kultury, aby mogły mieć realne znaczenie dla rozwoju to: kreatywność, otwartość i aktywność, a także zaangażowanie, zaufanie i autorytet.
Te wszystkie cechy zadecydowanie bliższe są organizacjom pozarządowym niż publicznym instytucjom kultury. Organizacje są ponadto - zdaniem wszystkich moich rozmówców - bardziej mobilne i elastyczne. Jeden z pytanych dyrektorów słusznie zauważył, że przecież nie weźmie muzeum na plecy i nie pójdzie na osiedle walczyć z rasizmem. Według respondentów, ludzie zaangażowani w sektor pozarządowy ponoszą też znacznie większą odpowiedzialność za wykonywane zadania - odpowiedzialność realną, a nie tylko formalną. Przede wszystkim dlatego, że nie są anonimowi i swoje działania firmują konkretnym nazwiskiem.
Organizacje pozarządowe stwarzają również większe możliwości rozwoju osobom kreatywnym. Są one jednak tak słabe finansowo i organizacyjnie, że działalność w nich postrzegana jest raczej jako hobby i sposób na realizację własnych zainteresowań, lub też pole zdobywania doświadczeń. W wielu wypowiedziach przewijał się wątek, że te doświadczenia mogą się potem przydać w pracy w instytucji.
Publiczne instytucje kultury zdecydowanie są postrzegane jako ośrodki nie tylko nierozwijające, ale wręcz blokujące zachowania kreatywne. Zdaniem respondentów (wszystkich - z decydentami włącznie) są one przede wszystkim uwiązane politycznie, a co za tym idzie nieprofesjonalnie zarządzane i skazane na zatrudnianie, czy też promowanie osób po - tak zwanej -"znajomości". W publicznych instytucjach kultury brak jest swobody działań, możliwości realizacji twórczych inicjatyw, brak jest rozwiązań pozwalających na gromadzenie różnorodnych doświadczeń i uczestniczenie w wymianie kulturalnej. Pojawiały się również opinie, że mentalność Polaków sprawia, że w Polsce niestety nie ma dobrego klimatu dla rozwoju osób kreatywnych.
Niezwykle interesująca była różnica pomiędzy decydentami a pozostałymi respondentami w odpowiedzi na pytanie, jakie czynniki są najbardziej istotne w przyciąganiu kapitału kreatywnego. Zdaniem artystów i odbiorców najważniejsze dla osób twórczych są: możliwość zatrudnienia, stwarzanie warunków dla rozwoju, praca w kreatywnym otoczeniu. W opinii decydentów najistotniejsza jest dostępność komunikacyjna miast (sic!).
Takie podejście to ewidentnie skutek przywiązywania szczególnej, wręcz priorytetowej wagi do pozyskiwania środków z funduszy europejskich. Jest to postrzegane jako dowód zdolności organizacyjnej i umiejętności efektywnego zarządzania - tymczasem z rozwojem kreatywności nie ma to nic wspólnego (szczerze mówiąc mam też wątpliwości, czy ma to związek z rozwojem miast w ogóle).
Głównym założeniem moich badań, było przekonanie, że polityka publiczna - a w tym wypadku polityka kulturalna - powinna odpowiadać na złożone i zróżnicowane potrzeby obywateli. Celowo zarzuciłam analizowanie jej z punktu widzenia realizacji założeń administracji publicznej. Przypuszczam, że gdybym przyjęła perspektywę urzędu, to okazałoby się, że wszystko jest tak idealnie policzone i wymyślone, że na przykład wyżej wymieniona rzeźba w Ustce rzeczywiście spowoduje, że miasto to stanie się ważnym ośrodkiem kultury w Polsce. Spojrzenie na instrumentalne wykorzystanie kultury z innej perspektywy - od strony ludzi - rzeczywistych aktorów zaangażowanych w różny sposób w kształtowanie i realizację polityki kulturalnej, dało mi zupełnie inne spojrzenie na efekty prowadzonych działań.
Szerzej o tym, co z tego wynika już następnym razem.
Jak zwykle bardzo ciekawie. I tym razem nie będę polemizował bo zgadzam się w całej rozciągłości:-)
OdpowiedzUsuńChyba jest ważna komplementarność myślenia. Tymczasem zamiast komplementarności mamy dwa, nieźle skonfliktowane, ogniska aktywności: proistytucjonalne i antyinstytucjonalne.Oba są bardzo podatne na instrumentalizację, chociaż chyba to pierwsze bardziej.Stereotypy, schematy i dogmaty myślenia skażonego politycznymi liniami podziału powodują, że de facto kultura ma ręce bardziej związane w takiej Polsce, jaką mamy, niż w okresie działania instycjonalnej cenzury a światlejsi ludzie na aspirującej do rządu dusz, prawicy, przyznają, że "odpuscilismy sobie kulturę". Ale oczywiście, widząc te mielizny instrumentalizacji (też zgadzając się z prof.Hausnerem), ma ona oczywiście, jako element społecznej tkanki bardzo ważny sens, tylko do tego trzeba ludzi, ktorych myślenia nie krepują dogmaty skopiowane z telewizora.
OdpowiedzUsuńMyślę, że pewna "masa krytyczna" powoli zostaje przekroczona. Tych światłych głosów jest coraz więcej, więc miejmy nadzieję, że są to jednak jakieś jaskółki pierwszych zmian. Bardzo na to liczę
OdpowiedzUsuńJa też!!!
OdpowiedzUsuń