Niemal przy każdym konkursie na stanowisko dyrektora instytucji kultury podkreśla się, że przede wszystkim powinien on być PRAWDZIWYM MENEDŻEREM i potrafić efektywnie zarządzać podległą mu instytucją - co w powszechnym mniemaniu oznacza UMIEĆ ZARABIAĆ PIENIĄDZE.
Te postulaty to nic innego jak pokłosie wszechogarniającego nurtu new public management, który wprowadza - mówiąc najogólniej - podejście menedżerskie do zarządzania w sektorze publicznym. Pomimo tego, że apele o efektywne zarządzanie instytucjami kultury są w Polsce ochoczo wygłaszane od przynajmniej kilkunastu lat przy wszystkich możliwych okazjach, to nic się w tej kwestii nie zmienia i instytucje kultury ciągle jednak generują ogromne koszty i mizerne przychody.
Przede wszystkim, co do swojej istoty, instytucje kultury nie zostały powołane do tego, żeby przynosić finansowe korzyści. Mają inny cel i inną misję, nadrzędną w stosunku do zarabiania pieniędzy. Nie znaczy to jednak, że nie mogą i nie powinny ich zarabiać. W dużej mierze zależy to od kompetencji ich dyrektorów.
Wyniki przeprowadzonych przeze mnie badań (również m.in. badań CAL), poparte osobistymi obserwacjami i dość traumatycznymi doświadczeniami wyraźnie wskazują, że instytucje kultury są tak bardzo związane z samorządem, że zdecydowanie ważniejsze jest dobre umocowanie towarzyskie lub polityczne potencjalnych kandydatów na dyrektorów, niż posiadane przez nich kompetencje. Czasem też decyduje po prostu przypadek.
Ostatnia nowelizacja ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności gospodarczej miała uzdrowić te relacje, ale silne lobby samorządowe doprowadziło do zmian w jej zapisach i de facto sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Mówiąc w skrócie, ustawa narzuca zobowiązania dyrektorów, zwalniając równocześnie samorządy z jakiejkolwiek odpowiedzialności za wywiązanie się z kontraktu (np. w zakresie wysokości dotacji). Jeśli więc dany dyrektor chce mieć zapewnione stabilne finansowanie instytucji i gwarancję realizacji założonych działań, musi być politycznie przynajmniej poprawny.
Nie chciałabym w tym miejscu generalizować i wydawać zbyt krzywdzących opinii, bo nie znam wszystkich instytucji kultury i wszystkich ich dyrektorów, wśród których są zapewne fantastyczne osoby z wielką pasją i wiedzą. Nie wydaje mi się jednak, żeby podnoszenie kompetencji w zakresie na przykład zarządzania zespołem, zarządzania projektem, komunikacji, budowania relacji sponsorskich, czy kształtowania wizerunku było praktyką przez nich powszechnie stosowaną. Świadczy o tym chociażby bardzo uboga oferta tego typu szkoleń - organizowanych głównie przez Narodowe Centrum Kultury.
Kolejnym problemem jest to, że w Polsce praktycznie w ogóle nie rozwinął się mecenat prywatny. O to również się postuluje od lat (zachęcam do lektury raportu z 2009 r. - minęło 6 lat i jesteśmy w tym samym miejscu, co wtedy). Nie da się finansować działalności instytucji kultury ze sprzedaży biletów - musiałaby to być działalność wysoce komercyjna, a przecież nie taka powinna być misja tychże podmiotów. Brak wypracowanych mechanizmów stymulujących rozwój niepublicznego wsparcia dla kultury i brak promocji tego typu zachowań powoduje, że instytucje i organizacje zajmujące się aktywnością kulturalną są skazane na łaskę i niełaskę administracji, absorbując przy okazji wszelkie dysfunkcje związane ze specyfiką organizacji publicznych i zarządzaniem biurokratycznym. Jak więc tu mówić o efektywności w zarządzaniu?
Odrębną kwestią jest odpowiedź na pytanie, jak zdefiniować tę efektywność w odniesieniu do podmiotów działających w sektorze kultury. Na pewno nie jest ona tożsama z wysokością osiąganych przez nie przychodów. Jest to dość kluczowe zagadnienie i zamierzam mu poświęcić więcej uwagi w kolejnych postach.
Ostatnio obowiązującym trendem w kontekście zarządzania publicznego jest partycypacja obywatelska. Samorządy organizują konkursy dotacyjne w ramach budżetów obywatelskich (lub partycypacyjnych), w których startują również organizacje pozarządowe zajmujące się aktywnością kulturalną. O przyznaniu środków decyduje liczba oddanych głosów. O ile sama idea angażowania mieszkańców w podejmowanie decyzji dotyczących wydatkowania środków publicznych jest ze wszech miar słuszna i nie budzi absolutnie żadnych wątpliwości, to sposób w jaki się to zazwyczaj odbywa powoduje ogromne zastrzeżenia i nie ma nic wspólnego ani z rozwojem społeczeństwa obywatelskiego, ani z demokracją, ani tym bardziej z rozwojem kultury. Oddanie anonimowego głosu poprzez kliknięcie w dłuższej perspektywie nie powoduje nic. Tym bardziej, że zazwyczaj stosunkowo niewielka jest liczba osób angażujących się w głosowanie na tego typu przedsięwzięcia. Wystarczy odpowiednia promocja jakiegoś wydarzenia na portalu społecznościowym i ma on szansę wygrać, pomimo na przykład niskiej wartości artystycznej. Jeden z moich respondentów powiedział mi kiedyś podczas wywiadu, że "wygrywa ten, kto ma więcej znajomych na fejsie".
Skądinąd niewłaściwym założeniem jest już przekonanie, że o tym, co dzieje się w kulturze powinna decydować większość. Demokratyczne podejście do polityki kulturalnej nie może polegać na uznaniu racji tłumu - powinno przede wszystkim uznawać zróżnicowane potrzeby i stwarzać równe szanse dla wszystkich, którzy tę kulturę chcą tworzyć i odbierać.
Wydaje się, że instytucje kultury mają wyjątkowo duży potencjał w kształtowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Mogłyby rozwijać go w skali mikro, w oparciu o realizację konkretnych wydarzeń. W oparciu o dyskusje, polemiki, spotkania, różne formy grupowej aktywności artystycznej. To są narzędzia nie tylko rzeczywiście pozwalające na rozpoznanie opinii publicznej, ale umożliwiają także kształtowanie relacji, budowanie więzi, aktywizację i rzeczywiste zaangażowanie obywateli w działania kulturalne.
W związku z powyższym, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy należy kulturą zarządzać efektywnie, czy demokratycznie? I tak i tak. Zdecydowanie tak. Pod warunkiem zrozumienia jak te oba pojęcia odnoszą się do samej istoty kultury. Bo przy takiej powierzchownej interpretacji jaka obowiązuje powszechnie, to niczego dobrego to ani społeczeństwu, ani kulturze nie ma szansy przynieść.
no zdecydowanie nie chciałabym, żeby ten blog skręcał w taką stronę i wolałabym, żeby był konstruktywny, a nie hejterski - ale przytaczam tu pierwszy lepszy news z przysłowiowej ostatniej chwili dotyczący relacji dyrektorów instytucji kultury i samorządów...
OdpowiedzUsuńtekst artykułu
UsuńO ile pamiętam to pierwsza pani minister ( celowo piszę z małej litery) niejaka Cywińska rzuciła hasło, że ..."Sztuka jest takim samym towarem jak każdy inny i powinna się sprzedawać"....czyli porównała sztukę do pudełka zapałek...no i mamy...
OdpowiedzUsuńno tak... oczywiście racja. Wszyscy się wtedy zachłysnęli wizją neoliberalnej, wolnej i ciut nie "amerykańskiej" RP.. Tyle, że pani Cywińska była ministrem przez rok i było to ćwierć wieku temu..więc myślę, że to bardziej wpływ mentalności niż pani Cywińskiej. Kulturę można i trzeba sprzedawać, tylko nie tak, jak bułki w sklepie, czy wspomniane wyżej zapałki.. wymaga to jednakowoż trochę większej wyobraźni
OdpowiedzUsuńOj demokratyczne zarządzanie może się nie udać :) Każdy ma jeden głos - jak się okaże, że jest mniej tych "nieukulturnionych" niż "ukulturnionych" to po ptakach.
OdpowiedzUsuńW ramach budżetu obywatelskiego możesz zaproponować coś super hiper extra kulturalnego, zaprosić same sławy, żeby wyrobić sobie kulturalnych obywateli, ale może się okazać, że Ci obywatele (jeszcze przed kulturalną metamorfozą) zagłosują na występ "artystki" liżącej zlew np. I taki klops.
Wielgachnym problemem jest na pewno trudny dostęp do kultury wysokiej (głupie określenie - albo jest kultura albo jej nie ma - Am I right?) - nic dziwnego, że dzieci nie wiedzą, dlaczego ta gruba pani śpiewa na scenie, a rodzice też nie są w stanie tego wyjaśnić :)
No właśnie dlatego piszę, że "demokratycznie" to nie ma znaczyć, że większość ma rację.. absolutnie nie.. A co do kultury wysokiej - to ja się też z tym podziałem nie zgadzam absolutnie.. Sama sobie ta kultura wysoka na piedestał wlazła i się dziwi, że teraz jej nikt nie chce.. O tym niebawem :)
OdpowiedzUsuńW ogóle to rozważania na temat zarządzania kulturą mają sens tylko w kontekście naszego tu i teraz: "zachód" + przynajmniej minimalny wzrost gospodarczy. Z własnego łóżka wiem, że jak przychodzi kryzys, to kultura jako pierwsza i najmocniej dostaje po tyłku. I nawet mnie to nie dziwi. Nie wiem zresztą czy to źle. W hierarchii ludzkich potrzeb zawsze była, jest i chyba będzie wysoko - na szczycie piramidy:) Jak mamy zaspokojone inne potrzeby to zaczynamy myśleć na jaki by tu musical wyskoczyć...
OdpowiedzUsuńa no właśnie jak się tego Masłowa nieszczęsnego trzymać - to tak by było.. zdążył się zdezaktualizować, bo nie uwzględnił internetu :) a na przykład w Londynie sektor kultury jest drugi pod względem poziomu zatrudnienia po sektorze finansów, poza tym udział sektora kreatywnego na świecie w PKB systematycznie rośnie i to znacznie szybciej niż pozostałe sektory gospodarki.. Właśnie u nas chyba mamy jeszcze ciągle takie myślenie o kulturze z PRLu.. jako dobro luksusowe... żeby w niedzielę do teatru czy coś... a to dawno i nieprawda
OdpowiedzUsuńtak mi się w każdym razie wydaje...
OdpowiedzUsuńO.. i jeszcze jakoś nigdy nie umiem też zrozumieć, że "samorząd dał tyle a tyle na kulturę". Jaki samorząd dał? ja dałam - jako podatnik.. to też moim zdaniem myślenie jeszcze całkiem z PRLu
OdpowiedzUsuńBędę odwiedzał. Ciekawy blog
OdpowiedzUsuńEee tam, internet internetem, a realizacja potrzeb idzie zawsze tym samym torem: 1) jedzenie, 2) schronienie/bezpieczeństwo, 3) zdrowie, 11) kultura. I czy tę decyzję podejmuje urzędnik samorządu, czy podatnik w sposób pośredni, to instynktownie, nie wgłębiając się w teorie Masłowa dokonuje wyborów, w których zawsze szpital wygrywa z teatrem, wodociąg z biblioteką itd. No ale jeśli kultura staje się drugim sektorem gospodarki (rozumiem, że generuje zyski, które stawiają ją na tej pozycji), to znika problem i sens dyskusji na temat podziału środków. Nie zgodzę się też chyba z diagnozą naszego (Polaków) myślenia o kulturze. Mam na myśli to, że w niedzielę do teatru itp. To chyba już tylko starsze od nas pokolenie... Bo dla ludzi w moim wieku (czterdziesto-parolatków), a dla młodszych tym bardziej, szerokość oferty jest oczywista i nie znam raczej osób, które teatr czy filharmonię postrzegają jako jedyną możliwość kontaktu z kulturą.
OdpowiedzUsuńCo nie zmienia faktu, że bardzo ciekawy blog, Aniu :) I też nie omieszkam zaglądać.
cieszę się i zapraszam serdecznie :) do polemizowania przede wszystkim :)
UsuńWypatruję kolejnych postów :)
Usuńz początkiem nowego tygodnia zapraszam :):)
Usuń