poniedziałek, 9 marca 2015

Wartość kultury w cyferkach

Za prace nad doktoratem z zarządzania zabrałam się jako artysta muzyk. Brnęłam przez różne obszary, wszystko było dla mnie nowe i fascynujące. Ekonomiczna interpretacja wartości kultury też. Olśnienia doznałam na pewnej konferencji. Przysłuchiwałam się kolejnym referatom i uporczywie nękała mnie jedna myśl: "Co oni tam liczą??? I po co???" Jakoś nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że nie ma to większego sensu i nie za bardzo ma związek z kulturą.

Sprowadzanie wartości kultury do miar ekonomicznych wynika z wielu powodów i nie mam zamiaru się tutaj nad nimi rozwodzić*. Mam jedynie przekonanie, że w dużej mierze sami kreujemy rzeczywistość i taką ją właśnie mamy, jaką ją sobie wymyśliliśmy. W związku z powyższym argument, że "tak musi teraz być" jakoś specjalnie do mnie nie przemawia.

Ale wróćmy do tych skomplikowanych wyliczeń. Powszechnie dominujący paradygmat ekonomiczny i konieczność uzasadniania wydatków publicznych "obiektywnymi" (w sensie liczbowymi) danymi spowodowały rozwój ekonomiki kultury, jako nauki i ogromne zainteresowanie badaczy określaniem wartości kultury za pomocą wymiernych wskaźników. Warto zwrócić uwagę na dwie publikacje, które ukazały się w języku polskim na ten temat: Ekonomika kultury Doroty Ilczuk (PWN) i Ekonomia kultury. Kompendium Ruth Towse (NCK).  Godnym polecenia jest wyczerpujący i bardzo systematyzujący raport , opracowany w Wielkiej Brytanii w 2010 roku, w którym Dave O'Brien szczegółowo omawia wszystkie możliwe, wykorzystywane obecnie metody szacowania wartości kultury. Opierają się one między innymi na technikach badania preferencji (co polega - mówiąc najprościej na uchwyceniu wartości dobra bądź usługi poprzez pytanie respondentów ile by byli w stanie na hipotetycznym rynku za coś zapłacić), albo są zapożyczone z innych obszarów badawczych - dotyczących na przykład badania jakości życia.

Tylko czy rzeczywiście takie szacowanie wartości kultury i myślenie o niej jako zasobie w sensie ekonomicznym ma sens? Moim zdaniem nie ma i to z wielu powodów**:
  1. pierwszym zasadniczym jest fakt, że podejście to redukuje wszelkie pozostałe wartości (na przykład estetyczne czy religijne) przyznając prymat jednowymiarowej logice wolnego rynku. Jest to zupełnie nieuprawnione, bo dla większości z nas w kontakcie ze sztuką najważniejsze są przeżycia estetyczne, intelektualne czy emocjonalne. Z pewnością interesuje nas bardziej to, czego doświadczamy niż to, czy się to opłaca 
  2. po drugie homo oeconomicus - to koncepcja jednostki, według której człowiek, jako istota działająca racjonalnie zawsze dąży do maksymalizacji swoich indywidualnych korzyści. Wartość kultury nie jest jednak sumą policzalnych dóbr poszczególnych obywateli, bo po pierwsze nie można jej ograniczyć do czasu życia jednostki, a po drugie korzyści ze zjawisk kulturowych doświadczane są często wyłącznie w grupie (np.: posługiwanie się tym samym językiem, świadomość przynależności do określonej grupy społecznej, emocje doświadczane w związku z uczestnictwem w określonym wydarzeniu artystycznym etc.)
  3. rynek ponadto determinowany jest zazwyczaj racjonalnością krótkoterminową (ta tendencja zdaje się ciągle wzrastać), podczas gdy kultura jest zasobem funkcjonującym raczej w długofalowej perspektywie
  4. wiele zjawisk kulturowych ma specyfikę dobra publicznego - czyli takiego, które podlega tzw. konsumpcji nierywalizacyjnej. Jeśli w okolicy naszego domu powstanie mural, to nie ma znaczenia z punktu widzenia kosztów, czy oglądamy go sami, czy z sąsiadem. Ponadto nie możemy być wykluczeni z konsumpcji tego dobra - jeśli już ten mural pojawi się w naszej okolicy, to nie możemy nie móc go oglądać
  5. kolejnym argumentem jest możliwość, a raczej niemożliwość podniesienia efektywności w działalności kulturalnej. Zjawisko to określane jest mianem "choroby kosztów" i zostało zdefiniowane przez Baumola i Bowena. Najprościej można to wytłumaczyć na przykładzie kwartetu smyczkowego. Zawsze musi być w nim czterech muzyków - nie można podnieść efektywności tegoż kwartetu zwalniając część zespołu. Nie ma też żadnej technologii, która by mogła podnieść ich skuteczność poprzez na przykład skrócenie czasu wykonania utworu (bo z punktu widzenia odbiorcy byłoby to idiotyczne).
Do wszystkich wymienionych powyżej czynników dochodzą jeszcze wszelkie kwestie związane z wartością dzieła, która m. in: 1) zawiera się w samych obiektach lub innych zjawiskach kulturowych bez względu na naszą ocenę, 2) uwarunkowana jest w dużej mierze kompetencjami i stanem świadomości odbiorcy 3) zależy też od wielu wielu innych mniej lub bardziej zidentyfikowanych czynników (patrz choćby niedawna afera z obrazem "Ecce Homo" Eliasa Garcii Martineza, który został zniszczony przez nieudolną konserwację i tym samym zyskał światowy rozgłos). 


Niestety nie mogę się nijak przekonać, że szacowanie wartości kultury za pomocą wymiernych wskaźników ma większy sens. Moim zdaniem, to po prostu nie do końca jest prawda - choćby była nie wiem jak doskonale uzasadniona metodologicznie. Nie chcę też potępiać w czambuł takich praktyk, bo w pewnych, wyjątkowych i ściśle określonych sytuacjach myślę, że mogą mieć rzeczywiste zastosowanie praktyczne. I wtedy ze wszech miar należy z takich metod korzystać. Myślę jednak, że trzeba przyjąć ten fakt jak aksjomat: wartości kultury nie da się wiarygodnie zmierzyć - co nie znaczy, że jej nie ma. I tyle.




* nie piszę tu też o rynku dzieł sztuki - bo to jest odrębna kwestia, o której niebawem
** dużo uwagi temu zagadnieniu poświęcił prof. David Throsby - australijski ekonomista. Jedna z jego książek Ekonomia i kultura wydana została przez Narodowe Centrum Kultury. Problem ten zauważa w swoich pracach również m.in. prof. Jerzy Hausner. 

3 komentarze:

  1. Zgadzam się z przedmówczynią w (prawie) całej rozciągłości. Bo o ile szacowanie wartości kultury brzmi obrazoburczo i zakrawa na wtrącanie się ekonomistów w kolejną dziedzinę życia, w której wolelibyśmy ich nie widzieć, o tyle sami jesteśmy skazani na szacowanie wydarzeń kulturalnych na każdym kroku: czy koncert rzeczonego kwartetu smyczkowego jest wart dla nas 50 zł? Albo książka? I chyba podobne dylematy dotyczą artystów. Może nie jest to dla nich komfortowe, że ktoś przelicza ich pracę na złotówki, ale pracują dla pieniędzy i oczekują godnego wynagrodzenia czyli jakiejś konkretnej kwoty. Np za obraz nad którym pracowali miesiąc chcieliby dostać kilkaset złotych albo więcej, ale nie 50. Chcąc nie chcąc jesteście skazani na szacowanie. Co nie zmienia faktu, że też się wzdragam na myśl, że ktoś mógłby siedzieć nad Nabokovem i poganiać go żeby szybciej kończył "Rozpacz" to uzyska lepszą stopę zwrotu za słowogodzinę.

    OdpowiedzUsuń
  2. ależ również się zgadzam z przedmówcą! :) nie mam nic przeciwko szacowaniu i wartościowaniu - tego się nie da uniknąć i nie ma powodu, żeby to robić. Nie wierzę tylko w to, że można to ocenić "obiektywnie" - a ku temu służą te zabiegi

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja sie zgodze i nie zgodze. Zgoda wynika z oczywistej trudnosci mierzenia wartosci trudnomierzalnych. Ale! Takich wartosci jest duzo wiecej - ot, chociazby wiedza, w szczegolnosic np. matura - a przeciez te mierzymy kazdego dnia w szkolach czy na uczelniach.
    Problemem jest wiec stworzenie metryki, ktora zapewnialaby obiektywnosc porownawcza (a w przypadku takich wartosci zawsze bedzie to metryka niedoskonala, kompromisowa).
    Moze masz wiec temat habilitacji? ;P

    P.,
    F.

    OdpowiedzUsuń

Mój blog - zapraszam! Anna Swietochowska